czwartek, 28 lutego 2013

Na powitanie złoty Kamil

"Nieważne, jak się zaczyna, ważne, jak się kończy." Stare i dobrze znane powiedzenie, ale czy koniecznie prawdziwe? Dla mnie równie istotny jest początek, a więc stratuję dziś i to z wysokiego C. A to za sprawą Kamila Stocha, który dosłownie przed paroma minutami wywalczył Mistrzostwo Świata na dużej skoczni. Po naprawdę świetnym występie, dwóch równych i dalekich skokach oraz odważnej decyzji trenera kadry - Łukasza Kruczka, nasz skoczek z Zakopanego odleciał wszystkim swoim przeciwnikom, nie dając im nawet cienia szansy na odebranie mu dziś złota. 

Już po pierwszej serii Kamil prowadził pięcioma punktami, za nim byli Peter Prevc i Anders Jacobsen. Bardzo zaskakująca, a zarazem zasmucająca mnie była dopiero szesnasta pozycja Gregora Schlierenzauera, no ale... zdarza się nawet najlepszym. Pozostali Polacy, czyli Maciek Kot, Dawid Kubacki i Piotr Żyła uplasowali się odpowiednio na 18, 19 i 20 miejscu.

W finałowej serii nasza trójka zamieniła się miejscami i niestety po bardzo słabym występie Maciek spadł ostatecznie na 27 miejsce, Dawid był 20, a Żyła 19. Schlieri po skoku z krótszego o dwie belki rozbiegu uzyskał wystarczającą odległość, by uplasować się na 8 miejscu. I zaczęło się... wielu trenerów postanowiło również spróbować "belkowego manewru" Pointnera, nie wszystkim jednak wyszło to na dobre. Bo żeby bawić się rozbiegiem, trzeba jeszcze umieć dobrze i daleko skoczyć przy niższej prędkości najazdowej. No!
Ale Łukasz Kruczek się nie przestraszył, zaryzykował i się opłaciło. Kamil, również z krótszego rozbiegu, wylądował na 130 metrze, odlatując Prevcowi i Jacobsenowi na ponad 6 punktów. I w ten oto sposób nasz skoczek z Zakopanego udowodnił, że polskie skoki narciarskie i złote medale na Adamie Małyszu się nie skończyły.

A teraz niech każdy szczerze sobie odpowie, czy wierzył w Kamila choć przez chwilę? Czy po tak zepsutym skoku w konkursie na normalnej skoczni, gdy z drugiego miejsca spadł na ósme, nie myśleliście, że dziś zrobi to samo? Ja w niego wierzyłam, z całego serca, jednak szczerze to się bałam, czy wytrzyma presję. Ale Kamil jest silnym psychicznie zawodnikiem i dwa razy nie popełnia tego samego błędu. I za to zasługuje na ogromny szacunek. Fantastycznie było oglądać go, przyjmującego gratulacje od swoich kolegów z reprezentacji, od Adama Małysza, Schlierenzauera, Bardala, Prevca... Od najlepszych, czyli równych naszemu Stochowi, bo on bezapelacyjnie również do nich należy! 
Na zakończenie chcę pogratulować naszemu Mistrzowi wyniku i przytoczyć słowa jego taty, którymi dziś posłużył się w wywiadzie dla TVP: "Synu, musisz sto razy przegrać, by raz wygrać!" Wierzę jednak, że na jednym zwycięstwie się nie skończy! Teraz czeka nas rywalizacja drużynowa. Może jakiś medal? Kto wie...