PGE Skra Bełchatów vs. Asseco Resovia Rzeszów - to nie był zwykły mecz rundy zasadniczej, te dwie drużyny spotkały się w fazie play-off i to już w ćwierćfinale. Gdyby ktoś przed sezonem powiedział mi, że mistrz i wicemistrz polski zagrają ze sobą już w pierwszej rundzie tej fazy, co wiązało się będzie z faktem, iż jedna z nich nie będzie walczyć o medale, to pewnie bym go wyśmiała, a razem ze mną cały siatkarski świat. A tu taka niespodzianka i przedwczesny finał PlusLigi już na przełomie lutego i marca. I przedwczesność finału nie wynikała tylko z faktu, jakie to drużyny. O nie, to była jedna z najlepszych, najbardziej zaciętych i dramatycznych rywalizacji do trzech zwycięstw, jakie dane mi było do tej pory oglądać.
Rozpoczęło się od dwóch zwycięstw Resovii na swoim terenie. Gdy rywalizacja przenosiła się do Bełchatowa, wielu już przekreślało Skrę, mówiąc że w takiej formie, przy takich problemach kadrowych, już raczej będą się żegnać z szansami na medal w tym roku. Pewności nabierali, gdy na tablicy wyników było już 2:0 dla gości. Wtedy Skra wróciła z nad przepaści, pozbierali się, zmotywowali, Nawrocki dokonał zmiany Mariusza Wlazłego na Michała Bąkiewicza i poszło. Doprowadzili do wyrównania, a potem wygrali decydującego seta, a następnego dnia kolejny mecz. Wszyscy, którzy już przekreślili Skrę, przecierali oczy ze zdziwienia. Dla mnie taki stan rzeczy był, jak miód na serce, bo jak wiadomo Bełchatów od zawsze na zawsze był, jest i będzie moją najukochańszą drużyną.
I dziś o godzinie 18:00 miał się zacząć ostatni mecz w Rzeszowie. Dlatego też dumnie paradowałam na wf w swojej koszulce z całą drużyna Skruni. Po zajęciach biegłam na tramwaj i kalkulowałam w głowie, czym jechać, jak to zrobić, by zdążyć na godzinę zero. Gdy o 17:50 weszłam do domu z ogromnym uśmiechem na twarzy, to od razu włączyłam telewizor na Polsat Sport i zasiadłam szczęśliwa, że zdążyłam, pełna niecierpliwości na czekający mnie mecz i zestresowana o dalsze losy Skry. I stało się, zaczęło się starcie gigantów - o tak, nie da się tego inaczej określić. Pierwszy set - czysta finezja. Mało błędów, dobre zagrywki, efektowne ataki, niesamowite obrony, dobre bloki - czyli wszystko, to co kibice lubią najbardziej. Bardzo wyrównany set do 23 wygrał Rzeszów, kolejny również padł łupem gospodarzy. Niestety Skra już się w nim troszkę posypała. I znów przepaść i znów odradzają się, jak feniks z popiołów. Znów zmiana Bąkiewicz za Wlazłego, poprawili zagrywkę, uspokoili grę i doprowadzili do tie-break'a. Moje prawie połamane już kciuku, zaciskałam jeszcze mocniej, byleby Skra wygrała. Zaczęli świetnie, prowadzili 6:4 i potem proste błędy, m.in. Atansijevica i wynik 8:6 na korzyść Rzeszowian. Potem kilka kontrowersyjnych decyzji sędziego, dobra gra Lotmana, zagubienie Skry i niestety... Asseco nie oddała prowadzenia do końca, zwyciężając w piątym secie, piątego meczu ćwierćfinału PlusLigi do 13. Po ostatniej piłce cieszyli się bynajmniej tak, jakby zdobyli złoto Ligi Mistrzów.
To były naprawdę cudowne mecze, których żal nie byłoby oglądać. Niestety, bardzo mi smutno, że Skra Bełchatów pierwszy raz od dziewięciu lat nie będzie walczyła o medale. Wynika to z wielu problemów, jakie nękały tę drużynę. Odszedł Bartek Kurek, nie udało im się zakupić nikogo na jego miejsce, dlatego też z przymusu Mariusz Wlazły musiał zejść na przyjęcie, gdzie całkiem dobrze sobie radził, powiedziałabym nawet bardzo dobrze, jednak oczywiste jest, że nie był w stanie pokazać na tej pozycji tego, co potrafi najlepiej. Dla niego taka zmiana była krzywdzącą, szczególnie podczas rywalizacji z Asseco, gdyż większość czasu spędził w kwadracie dla rezerwowych. Bardzo to smutny widok dla fana Skry. Przecież to w końcu jeden z najlepszych polskich atakujących. Mam nadzieję, że wreszcie wróci do kadry, ale to już temat na inny dzień. Kolejne problemy Skry, to kontuzje Michała Winiarskiego - ostoi ich przyjęcia, świetnego w ataku. Wiadomo przecież jakim zawodnikiem jest Michał. A ledwo co wyleczył kręgosłup, to skręcił sobie kostkę, tym samym nie był w stanie wrócić do najlepszej dyspozycji, a w sytuacji Skry, gdy mieli ogromny deficyt na tej pozycji, to grać musiał. Niestety moja Skrunia jest teraz w dużym dołku, ale nie pozostaje mi nic innego, jak wierzyć w nich. Na razie czeka ich walka o piąte miejsce, a potem trzeba kupić nowych zawodników, poukładać skład, może zastanowić się nad trenerem... I ruszyć do walki o powrót na piedestał, bo nikt tak jak Skra, nie zasługuje na to, żeby się na nim znajdować - tak przynajmniej myślę ja, fanka:)